Słyszysz w nocy przeciągłe zawodzenie pod oknem i od razu myślisz o upiorze. W irlandzkiej tradycji ten płacz ma bardziej ludzkie korzenie. Banshee zawodzi tak, jak dawniej lamentowano przy zmarłym. Ten zwyczaj nazywa się keening. To nie jest krzyk napaści, tylko żałoba, która przychodzi za wcześnie.
Keening, czyli płacz, który miał swoje miejsce
Irlandzka nazwa bean sí oznacza kobietę z nadprzyrodzonego świata. Smithsonian Center for Folklife and Cultural Heritage łączy jej postać właśnie z keening. Był to żałobny lament wyrażany głosem podczas czuwania przy zmarłym. Taki płacz nie był wybuchem paniki. Był sposobem przeżywania straty, który rozumieli wszyscy obecni.
Banshee robi więc to samo, co rodzina czuwająca przy bliskim. Różnica jest jedna: lamentuje, zanim ktoś umrze. Domownicy jeszcze jedzą kolację i odkładają sprawy na jutro, a pod oknem ktoś już ich opłakuje. To przesunięcie w czasie przeraża bardziej niż jakikolwiek wygląd zjawy.
Czy u nas nie czuwano podobnie?
Kiedy czytałam o keeningu, od razu przypomniały mi się opowieści o czuwaniu przy zmarłym w polskich domach. Trumna stała w izbie, schodzili się sąsiedzi, modlono się i śpiewano do późna. Głos był tam równie ważny jak w Irlandii. Oznaczał, że zmarły nie zostaje sam, a żal wolno wypowiedzieć na głos.
Przed Zaduszkami ten temat wraca do wielu domów. Zapalamy znicze, wspominamy bliskich, rozmawiamy o tych, których już nie ma. Irlandzka legenda dokłada do tego jedno pytanie: co by było, gdyby lament przyszedł pierwszy, jeszcze przed wiadomością o śmierci.
Kobieta na dachu w czerwonym płaszczu
Banshee w białej sukni zna każdy, kto oglądał horrory. Dawny zapis pokazuje coś innego. Pochodzi z wydanego zbioru Scéaltaí, w którym zgromadzono szkolne rękopisy z hrabstwa Donegal z lat 30. Opowieść zanotowała Nellie Corcoran z ust pani McCready, a w wersji drukowanej można ją znaleźć na 20. stronie.
Rodzina dostrzegła na dachu drobną kobietę okrytą czerwonym płaszczem. Zjawa zwracała się do domowników, a potem poleciła im schować się w domu i zapewniła, że nie ma czego się obawiać. Kiedy znów wyjrzeli, na dachu nikogo nie było, choć jej głos wciąż niósł się z dalszej części ogrodu. Ojciec surowo zakazał domownikom podchodzić do nieznajomej.
Ten szczegół pokazuje, że banshee nie ma jednego kostiumu. Czerwony płaszcz jest zwyczajny, prawie domowy, i właśnie dlatego tak łatwo go sobie wyobrazić na mokrym dachu.
Dlaczego jedni słyszeli płacz, a inni nie?
Drugi przykład udostępnił Galway County Heritage Office, a dotyczy Laurencetown. Pewien mężczyzna poszedł w odwiedziny do ciężko chorego Jima Shanleya. Ludzie czekający na zewnątrz usłyszeli wtedy rozdzierające zawodzenie. Gość, gdy opuścił izbę chorego, przyniósł im dobrą nowinę: Shanleyowi się poprawiło. Dodał, że do niego żaden lament nie dotarł. Opowieść kończy się tym, że jeszcze przed świtem Shanley nie żył. Historię przekazał mieszkaniec Laurencetown, T. Connolly.
Czytam tę historię przez pryzmat keeningu. Lament słyszą ci, którzy stoją na zewnątrz i czekają w niepewności. Osoba przy łóżku chorego niesie nadzieję i płaczu nie zauważa. To moja interpretacja, a nie jedyne możliwe znaczenie tej opowieści.
Co mówi archiwum, a czego nie rozstrzyga
Zapisy z Donegal i Laurencetown mówią, jakie historie opowiadano, kto je przekazał i gdzie je zebrano. Nie przesądzają, skąd pochodził dźwięk ani czy postać na dachu była czymś nadprzyrodzonym. Relacja nie jest dowodem.
Nocne zawodzenie może mieć całkiem zwykłe źródło. Natural History Museum opisuje przenikliwy krzyk płomykówki, zupełnie niepodobny do spokojnego pohukiwania znanego z bajek. Nie wyjaśnia to wszystkich opowieści o banshee, ale przypomina, że sam dziwny głos za oknem niczego nie zapowiada. Prawdziwą siłą tej legendy jest stary, ludzki zwyczaj opłakiwania bliskich na głos.
